Pamiątka czy wieczerza?

Strasznie mnie męczy wszystko, co jest zbyt skomplikowane. Nie, nie uważam absolutnie, iż należałoby na siłę upraszczać rzeczy lub sprawy, relacje czy zjawiska, które są skomplikowane z natury. To jest prostactwo. Ale po odejściu z Kościoła Rzymskokatolickiego aż do dzisiaj mam poważną alergię na wszystkie przejawy komplikowania tego, co jest ze swojej natury proste. Jednocześnie sam doświadczam bardzo często, że moje katolickie wychowanie nauczyło mnie bardzo skutecznie znajdywania w tym komplikowaniu ucieczki. Ucieczki przed prostotą, która zmusza do dokonywania wyborów. W katolicyzmie wszystko jest tak rozbudowane i skomplikowane, że do sedna sprawy dociera się rzadko albo w ogóle. Raczej w ogóle. To stało się w pewnym momencie dla mnie najsilniejszym impulsem do porzucenia tej religii: zrozumiałem, że w niej nigdy nie znajdę prawdziwego Boga ani relacji z Nim. Rozstawałem się z tym „Kościołem” naprawdę bez żalu. Choć czułem mocno, że wychodząc z niego wchodzę na teren nieznany. Bałem się. Miałem przez krótki czas tę pokusę, żeby zastąpić katolickie skomplikowanie jakimś skomplikowaniem protestanckim, albo „wolnokościołowym”. Jednocześnie odkrywałem w kościołach właśnie protestanckich czy też ewangelikalnych skomplikowanie wręcz identyczne jak w katolickim (polegające na tworzeniu prawodawstwa oraz obrzędowości na wzór starotestamentalny przy kompletnym ignorowaniu faktu, iż prawo to, wypełnione przez Chrystusa, już nie obowiązuje - zawsze znajduje to „poparcie” w Starym Testamencie uparcie przywoływanym, wbrew woli samego Jezusa). Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że jednak SOLA SCRIPTURA to będzie to, co wybieram. Bez żadnych domieszek religijnych. Dotyczyło to wszystkich dziedzin życia. Powiało świeżością, ale też i grozą. W tym sensie, że nagle poczułem się ogołocony i bezradny: bez tych wszystkich elementów religijnych nagle nie wiedziałem, jak się modlić, jak czcić Boga. Wylądowałem na emocjonalnej pustyni, zdawszy sobie sprawę, jak bardzo moja dotychczasowa modlitwa była tylko religijnym kłapaniem dziobem, chowaniem się za formułkami. Jak moje przeżywanie w ogóle wszystkiego było tylko odtwarzaniem gotowych wzorców zachowań, reakcji, nawet samych emocji. Jak musiało być „właściwe”. I na tej pustyni, w pewnym sensie w stanie poważnej i bolesnej deprywacji sensorycznej powoli, powoli zaczynam się czuć dobrze. Ale mimo to pokusy przychodzą, bo łatwiej jest uciec, niż zmierzyć się z rzeczywistością. Czterdzieści sześć lat nie musiałem, bo pomiędzy mną a życiem, mną a innymi ludźmi była religia, była świątynia. Zaraz po tym, jak Jezus gwałtownie i dość brutalnie oczyszcza świątynię w Jerozolimie: „Odpowiedział im Jezus: Zburzcie tę świątynię, a w trzy dni ją wzniosę. Wtedy Żydzi powiedzieli: „Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a ty ją w trzy dni wzniesiesz?” (J 2:19-20). Nie uważali tego za możliwe. Jezus zresztą także nie zamierzał się bawić w jakieś pokazówki i mówił nie o budynkach, ale o swoim ciele. On naprawdę czyni wszystko nowym, a prawdziwie nowe jest także dla człowieka nieznane, więc budzi lęk. Można więc się zerzygać jak Neo w Matrixie, ale w końcu prawdę zaakceptować i można, jak Cypher powrócić do Matrixa i zapomnieć. Taką miałem pokusę na początku, była ona bardzo mocna, a pokonywanie jej bolesne emocjonalnie i wymagające wielu nocy prześlęczanych nad Biblią, no, bo SOLA SCRIPTURA. Była to próba zastąpienia czymś „eucharystiopodobnym” mszy (Eucharystii), którą jako katolicki ksiądz odprawiałem prawie codziennie prze dziewiętnaście lat. Ludzie, którzy mnie ochrzcili mówili o „pamiątce”. Bardzo podkreślali, że to nie obrzęd, że nie ma standardowej metody. Dzielili się tym, jak to robią i faktycznie nie było to coś na kształt mszy katolickiej. Jedno, co podkreślali, to, że ma to u nich zawsze łączność z posiłkiem. Jest jakby uwieńczeniem tego posiłku. Inni znajomi chrześcijanie reprezentowali pogląd, że każdy posiłek w gronie chrześcijan, a zatem także rodzinny obiad, jest już pamiątką. Wywodzili to, zdaje się, z fragmentu 1 Kor 11:26: „Czyńcie to, ilekroć będziecie pić, na moją pamiątkę”. Przy takim ułożeniu przecinków może powstać wrażenie, że no, faktycznie, przy każdym posiłku należy wspominać Jezusa i jest to wtedy spożywanie chleba i wina na Jego pamiątkę. Tyle, że konsekwentnie również trzeba byłoby do każdego posiłku używać właśnie chleba i wina. Tak nikt nie robi. Poza tym ten sam Paweł w tym samym liście pisze także: (10:31): „Tak więc czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego robicie, wszystko róbcie ku chwale Boga”. Zatem każdy posiłek na chwałę Bożą - owszem. Natomiast nie każdy jest wieczerzą Pańską: „Gdy więc się zbieracie, nie jest to spożywanie wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem najpierw je własną wieczerzę i jeden jest głodny, a drugi pijany. Czyż nie macie domów, aby jeść i pić?” (1Kor 11:20-21). U Mateusza i Marka w Ewangeliach nie ma w ogóle wzmianek o „pamiątce”: A gdy jedli, Jezus wziął chleb, pobłogosławił, połamał i dał uczniom, mówiąc: Bierzcie, jedzcie, to jest moje ciało. Potem wziął kielich, złożył dziękczynienie i dał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy; To bowiem jest moja krew nowego testamentu, która wylewa się za wielu na przebaczenie grzechów.” (Mt 26: 26-28); „A gdy jedli, Jezus wziął chleb, pobłogosławił, połamał i dał im, mówiąc: Bierzcie, jedzcie, to jest moje ciało. Potem wziął kielich, złożył dziękczynienie i dał im. I pili z niego wszyscy. I powiedział im: To jest moja krew nowego testamentu, która się za wielu wylewa.” (Mk 14: 22-24). Pojawiają się one natomiast u Łukasza: To jest moje ciało, które jest za was dane. To czyńcie na moją pamiątkę. Podobnie i kielich, gdy było po wieczerzy, mówiąc: Ten kielich to nowy testament w mojej krwi, która jest za was wylana.” (Łk 22: 19-20), a także u Pawła: „(...) Pan Jezus tej nocy, której został wydany, wziął chleb; A gdy złożył dziękczynienie, połamał i powiedział: Bierzcie i jedzcie, to jest moje ciało, które za was jest łamane. Czyńcie to na moją pamiątkę. (...) Czyńcie to, ilekroć będziecie pić, na moją pamiątkę. Ilekroć bowiem będziecie jedli ten chleb i pili ten kielich, śmierć Pana zwiastujecie, aż przyjdzie.” (1Kor 11: 23-26). Słowo „pamiątka” jest w Biblii używane tylko w sensie technicznym jako „wspomnienie” właśnie, a nie jako nazwa tego czasu, który wspólnie przeżywają chrześcijanie. To podczas „wieczerzy Pańskiej” je się i pije na pamiątkę Jezusa, głosząc Jego śmierć. Czyli jednak powinien być posiłek, a w jego ramach jedzenie i picie na pamiątkę Jezusa. Nie może być samej tylko „pamiątki” bez poprzedzającego ją posiłku, a w zasadzie to ona powinna być integralną częścią posiłku, nawet nie jakoś osobno na jego zakończenie. Czyli nie można sobie tak posiedzieć po prostu i pogadać o różnych sprawach i o Biblii, a na koniec postawić na stole talerzyk z chlebkiem i kieliszek z winkiem, „podziękczynieniować” troszkę, a potem - pyk - sobie zjeść i wypić symbolicznie (jasne - upijać się też nie wolno ani obżerać). Pamiętam, jak na samym początku funkcjonowania chrześcijańskiego dopadł mnie bardzo silny wewnętrzny sprzeciw, kiedy mieliśmy jedną z pierwszych „pamiątek” właśnie w taki sposób przeżywać. Miałem wrażenie sztuczności, obrzędowości, katolickości tego czegoś. Stoczyłem ogromną walkę wewnętrzną (niestety przegraną) - wszystko we mnie się buntowało i krzyczało - NIE, to nie to!!! Jak ja się wtedy miotałem! Dałem się w końcu przekonać, choć do końca wewnętrznie przekonany nie byłem. Teraz, po iluś takich „pamiątkach” wyraźnie czuję, że to jest puste i bardzo obrzędowe. I niezależnie od tego, co pomyślą inni w moim kościele, ja już na coś takiego nie pójdę. To ma być jednak „wieczerza Pańska”, podczas której CAŁE jedzenie i picie (którego częścią powinno być także wino) ma być głoszeniem śmierci Pańskiej. No i Biblia mówi, że to ma być właśnie wieczerza - nie śniadanie, nie obiad. Wieczerza. Ma być wieczorem. Czyli może się kościół lokalny spotkać rano? Może, ale nie na wieczerzę Pańską. Tak mówi Biblia i koniec - po prostu, bez komplikowania i wymyślania. Dokładnie i dosłownie jak w Biblii. SOLA SCRIPTURA.

Komentarze

Popularne posty