Religia owocem grzechu... część I



Ostatnio po raz kolejny poczułem nudności, widząc na „ćwierkaczu” oraz „twarzoksiążce” kolejne porcje mądrości tego świata, którymi ludzie tak chętnie się dzielą, budując osobiste religie – chrześcijańskie lub nie. Zmusiło mnie to do myślenia i pisania. Kazało ponownie spojrzeć na historię pierwszego grzechu. To zobaczyłem.
Do momentu wkroczenia węża do akcji w trzecim rozdziale Pierwszej Księgi Mojżeszowej istniała wyłącznie bezpośrednia komunikacja pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Bóg stwarzał, umieszczał, obdarowywał, błogosławił, uczył. Była szczera rozmowa (o tym, że żadne ze zwierząt nie jest dla człowieka właściwym partnerem życiowym – nie jest na jego poziomie) (1 Mojż. 2:23), a także jasne, proste i nieliczne zasady. Każde stworzenie znało swoje miejsce i respektowało swoją sytuację, naturę i położenie.

I to właśnie jedna z tych zasad została podana w wątpliwość. Ale nie tak, jakbyśmy się tego spodziewali, czyli nie przez otwarte zaprzeczenie czy zakwestionowanie jej sensowności. Na tyle głupi diabeł nie był. Zasada niejedzenia z drzewa poznania dobra i zła (2:16-17) Była tak naprawdę zezwoleniem na pełne i nieograniczone korzystanie z Bożej dobroci i hojności z jednym – uczciwie wyartykułowanym zastrzeżeniem. Nie umniejszało ono w żaden sposób szczęścia i spełnienia człowieka. Tak czy inaczej nie dałby on rady odczuć przesytu tym, co otrzymywał od Boga – takie było bogactwo wszystkich innych drzew i tak wolne z nich korzystanie (1:29; 2:9). Zeby być szczęśliwym wystarczyło tylko poprzestać na tym, co dawał Bóg, nie pragnąć nic ponadto, co dawało pełnię szczęścia. I właśnie w ten, wydawałoby się nienaruszalny punkt, uderzył wąż. Nie zaprzeczył zasadzie, ale o nią zapytał, jednocześnie ją rozszerzając (3:1). Ciekawe, że odpowiedź kobiety najpierw wskazuje na brak odpowiedniej wiedzy o tym, czego Bóg naprawdę zakazał. Logiczne to, skoro jeszcze nie była stworzona, kiedy ta informacja została przekazana Adamowi. Ale kobieta coś wie, tyle, że niedokładnie. Niedokładnie też wypowiada się na temat topografii ogrodu, bo twierdzi, że Bóg zakazał jeść z drzewa pośrodku ogrodu. A tam znajdowało się drzewo życia, z którego wolno było jeść, a nie drzewo poznania dobra i zła, którego dokładnej lokalizacji Biblia nie podaje. Kobieta zatem pomyliła te dwa drzewa (1), następnie sama rozszerzyła Boży zakaz w taki sposób, że nie oddawał on Bożych intencji (2), a także wyolbrzymiła konsekwencje jego przekroczenia (3). Te trzy punkty są naprawdę bardzo istotne:

1. Nieznajomość tego, czego naprawdę chce Bóg. Inaczej mówiąc – brak świadomości reguł, które pozwalają w pełni korzystać z Jego darów oraz doświadczać w związku z tym pełni szczęścia;

2. Wypełnienie luki wywołanej przez tę nieświadomość własnymi (z konieczności błędnymi) zasadami, rozszerzającymi Boży zakaz wbrew Jego woli oraz intencji, co być może daje jakieś złudzenie panowania nad rzeczywistością dzięki (nieadekwatnej) wiedzy.

3. Stworzenie fałszywej wersji Słów samego Boga, takiej, która pasuje do własnej ignorancji, jednocześnie przedstawiając Go w złym świetle, jako bezsensownie zakazującego rzeczy nie tylko nieszkodliwych, ale i przydatnych. A skoro tak jest, to staje się konieczne wyprodukowanie własnej „rozumnej” wersji reguł i zasad – na miarę „rozumności” człowieka… Zasady takie jednak skutecznie uniemożliwiają pełne i nieskrępowane korzystanie z Bożych darów, a przez to doświadczanie Jego miłości.

Skutki takiego działania – zanim jeszcze Bóg wkroczy do akcji – są druzgocące. Przede wszystkim jest to wstyd – nagle ludziom przeszkadza w relacji to, co jest najbardziej naturalne, czyli ich nagość (2:25; 3:7). Nagle to, co ich łączyło i dawało szczęście – ba, pozwalało obdarowywać się szacunkiem, staje się problemem i ciężarem. W tym momencie – po raz pierwszy poza obecnością Boga – ludzie czymś niemile zaskoczeni uważają, że potrzebują i muszą sami bez Jego pomocy wymyślić sposób i zaradzić problemowi, który sami wywołali. Po raz pierwszy doświadczają takich trudnych emocji. I „radzą sobie” - splatają przepaski z liści figowych. Kolejna chwila jest również bolesna, bo nagle trudno (albo prawie niemożliwe, przynajmniej z ich strony) jest bezpośrednio spotkać się z Bogiem. Jego obecność wywołuje po prostu strach. Dokładniej mówiąc – Adam twierdzi, że zląkł się, ponieważ jest nagi. Przedtem też był, ale się tego nie bał. Stawał przed Bogiem w tej swojej nagości, odczuwając pełną bliskość i brak jakichkolwiek przeszkód. Teraz potrzebuje jakiejś zasłony – przed żoną i przed Bogiem. Czegoś, co pozwoli się spotkać niebezpośrednio. Pojawia się nieobecna wcześniej potrzeba pośrednictwa (przedmiotów, słów, rytuałów?) - czegoś, co zasłoni, oddzieli.
Kolejny nowy element to potrzeba zrzucenia odpowiedzialności. I to zróżnicowana. Mężczyzna zrzuca odpowiedzialność na Boga i na kobietę. Chociaż w zasadzie na Boga – jakby stwierdził, że „gdyby nie ta kobieta, którą dał mi Bóg (w domyśle – nie prosiłem o to), to nie byłoby teraz problemu”. Zuchwałe to. Mamy tu do czynienia nie tylko z próbą przerzucenia odpowiedzialności na „czynniki ode mnie niezależne”, ale też z próbą znalezienia „kozła ofiarnego”. Na wszelki wypadek podane są od razu dwie kandydatury. Jak pomysł z Bogiem – winowajcą nie chwyci, to będzie jeszcze żona… Byle się nie przyznać. A wszystko to w odpowiedzi na zadane przez Boga pytanie, które bynajmniej nie było oskarżeniem. Ani też poszukiwaniem informacji, bo przecież Bóg i tak wie wszystko. Pytanie zadał w taki sposób, żeby ułatwić uwolnienie się od ciężaru, w zasadzie była już w nim zawarta odpowiedź, no, ale zamiast powiedzieć proste „tak”, mężczyzna się broni. A robi to, ponieważ spodziewa się ze strony Boga oskarżenia i potępienia, czyli tego, co pochodzi od diabła. Jest to przypisanie Bogu cech Złego i jego zamiarów… Grzech przeciw Duchowi Świętemu?

Kobieta zrzuca odpowiedzialność wyłącznie na węża. On ją zwiódł i zjadła. A ona, bidulka, co miała robić, no musiała ulec… Bezbronna, bez pomocy, wsparcia, za nic nie ponosi odpowiedzialności. Jest to próba manipulacji. Bóg tego nie komentuje. Wina węża jest oczywista i zostaje on natychmiast przeklęty oraz otrzymuje zapowiedź ostatecznej i nieuchronnej klęski, co czyni jego życie piekłem. Następnie Bóg informuje mężczyznę i kobietę o skutkach ich grzechu. Mężczyźnie zapowiada walkę z ziemią, która została z jego powodu przeklęta, stała się wroga i „czynienie jej sobie poddaną” zredukuje się do walki o przetrwanie, bądź uczynienie jej w miarę akceptowalnym miejscem bytowania. Kobiecie obwieszcza ból rodzenia dzieci.

Pada także niezwykłe zdanie, które tak naprawdę tłumaczy istotę wszystkich „damsko-męskich” problemów w historii świata. Oto mężczyzna będzie dążył do panowania nad kobietą, zdominowania jej i uczynienia z niej „kozła ofiarnego” we wszystkich swoich niepowodzeniach. Ona natomiast będzie się przed nim broniła (chociaż bardzo go pragnąc), a jej sposobem na zrzucenie odpowiedzialności będzie manipulacja i szukanie „kozłów ofiarnych” w bezbronności, bezradności, może w dzieciach, dla których urodzenia i wychowania zniosła tyle bólu… To tylko zasygnalizowanie problemu, ale uważam, że to zdanie co do zasady wyjaśnia wszelkie toksyczności w relacjach pomiędzy kobietami i mężczyznami, chociaż poszczególne sytuacje na pewno są bardzo od siebie różne i skomplikowane (co do objawów).

Po tym wydarzeniu Adam nadaje kobiecie imię (dotychczas miała tylko nazwę gatunkową), a Bóg z miłosierdzia okrywa ich nagość, co jednak odbywa się kosztem śmierci zwierząt, których skóry służą za ubrania.

Następnym krokiem podjętym przez Boga jest wygnanie Adama i Ewy z Edenu i zabezpieczenie ich przed możliwością spożywania owoców z drzewa życia. Gdyby to zrobili, skazaliby się na wieczne życie w przekleństwie – czyli w piekle.


Czwarty rozdział Pierwszej Księgi Mojżeszowej kontynuuje temat. Pokazuje Kaina, który złożył (w odróżnieniu od Abla) ofiarę z roślin. Bóg tę ofiarę odrzuca, a sfrustrowanemu Kainowi oznajmia, że wcale nie musi on być sfrustrowany. Wystarczy, że będzie postępował „tak jak trzeba”, a zostanie wywyższony. Pokazuje to pewną logikę: oto Kain zrobił coś (złożył ofiarę) nie tak jak trzeba, to go frustruje, a ta frustracja wystawia go na wielkie niebezpieczeństwo popełnienia grzechu, nad którym ma i może zapanować. Co właściwie było nie tak w postępowaniu Kaina? Złożył ofiarę z roślin. A co Abel zrobił „tak jak trzeba”? Złożył ofiarę ze zwierząt. Wynikałoby z tego logicznie, że Bóg życzył sobie ofiary ze zwierząt, a Abel po prostu tak uczynił, nie pytając o nic. Kain natomiast wymyślił własną wersję, co wystawiło go na pokusę gniewu, frustracji i zazdrości, a te – rozwijając się – doprowadziły go w końcu do morderstwa. A wystarczyło nie kombinować i zrobić PO PROSTU tak, jak chciał Bóg. Takie kombinowanie zawsze gdzieś tam zawiera w sobie przypisywanie Bogu słów lub intencji, które nie są Jego. Rysuje się tutaj schemat podobny trochę do tego, który rozegrał się w raju: (1) pomyłka co do intencji i oczekiwań Boga (niepotrzebna, bo pewnie On informował, skoro Abel wiedział, co ma zrobić, żeby było „jak trzeba”); (2) wypełnienie luki własnym pomysłem, rozszerzającym i fałszującym Boże wymagania; (3) stworzenie sobie fałszywej wersji słów, oczekiwań i intencji Boga. Doprowadziło to Kaina do grzechu zabójstwa. A po wszystkim Kain też spodziewa się po Bogu kary i boi się. Otrzymuje natomiast pewien rodzaj ochrony (to również jest pewne podobieństwo do sytuacji tej z raju). CDN.

Komentarze

Popularne posty