Religia owocem grzechu... cz II.

No to teraz konkluzja, która wielu pewnie wkurzy. Uważam, że grzech Kaina to pierwsze w historii świata zabójstwo na tle religijnym. Uważam też, że każda religia u swojego zarania posiada te samą logikę – trzypunktową:
1. Niezrozumienie lub nieznajomość słów i intencji Boga
(zawinione lub nie) u twórców religii i ideologii (to także
religie);
2. Wyciągnięcie fałszywych wniosków oraz rozszerzenie i
rozwinięcie krótkich i minimalnych Bożych zasad, co doprowadza do
ich wykoślawienia, a często i zaprzeczenia;
3. Stworzenie fałszywej wersji relacji z Bogiem, wymagającej i
znającej za niezbędnych: pośredników oraz instytucji, bo ta
fałszywa relacja jest oparta na wstydzie, lęku i poczuciu winy.
Rechotem historii (a raczej diabła) jest fakt, że Karol Marks miał
rację nazywając religię „opium dla ludu”. Opium, czyli
narkotyk, który pozwala wytrzymać poczucie wstydu, winy oraz lęk,
frustrację o gniew. Pozwala jakoś żyć, przetrwać pobyt na tej
przeklętej ziemi w oczekiwaniu na niebo. Tenże sam Marks następnie,
korzystając z tej samej trzypunktowej procedury, stworzył kolejną
religię – komunizm – tak samo destrukcyjne opium dla ludu, a
przy tym wyjątkowo agresywne. Podobnie było w przypadku Rewolucji
Francuskiej (i każdej innej), a także przy tworzeniu religii
ateizmu.
W przypadku Adama i Ewy stworzenie religii było powodem
przekleństwa. W każdym kolejnym, poczynając od Kaina, jest tego
przekleństwa efektem. Zatem dziedziczymy nie sam „grzech
pierworodny”, ale jego skutek – przekleństwo, które pcha nas do
popełnienia tego samego pierworodnego grzechu – tworzenia sobie
własnych prywatnych religii oddzielających nas od Boga. Grzech ten
jest powielany w ramach przeróżnych denominacji chrześcijańskich,
które zgromadziły przez wieki spory zapas materiałów, z których
ochoczo korzystają osoby mieniące się chrześcijanami. Dokładnie
tak samo jest we wszystkich religiach i ideologiach i filozofiach. Są
owocem przekleństwa pochodzącego od grzechu Adama i Ewy.
Trzeba zatem bardzo mocno podkreślić: chrześcijaństwo nie jest
religią i nie ma nią być. To prawdziwe znaczy się. To bez
pośredników, instytucji, ideologii, teologii, komplikacji itp. Czy
to jest w ogóle możliwe? Tak, ale ma pewną szczególną cechę:
jest, po ludzku rzecz biorąc, NIEATRAKCYJNE! Dlaczego?
1. Bo nie ma wymyślonych zasad, za które można byłoby się
schować, żeby zrzucić z siebie odpowiedzialność.
2. Ten sam brak skomplikowanego prawa powoduje niemożliwość
stworzenia „szarej strefy”, w której można udawać
chrześcijanina „surfując” po powierzchni.
3. Nie da się powiedzieć: „przecież nie dam rady przestrzegać
tych wszystkich praw i zaleceń”, bo jest ich niezwykle mało, tyle
tylko, co w Ewangelii.
4. Nie ma instytucji, więc oparcie, stabilność, pewność,
orientację, rozwiązania problemów, znajdziesz albo w bezpośredniej
relacji z Bogiem, albo w ogóle. A to uniemożliwia bycie letnim.
Letnich Bóg „wyrzyguje” (lub – w grzeczniejszych tłumaczeniach
- „wypluwa”) ze swoich ust i schną jak wymiociny na chodniku
(Obj 3:16). Zresztą „nie mamy tutaj stałego miasta” (Hbr
13:14). Jezus Chrystus w całkowicie wolny sposób obdarował mnie
zbawieniem Umierając na krzyżu wziął pełną odpowiedzialność
za wszystkie moje grzechy. Przy tym w żadnym stopniu nie roztoczył
nade mną uzależniającej kontroli Nie powiedział, że to zbawienie
jest w jakikolwiek sposób warunkowe. Nie postawił żadnego warunku
ani zastrzeżenia, ani przed podjęciem przeze mnie decyzji o
przyjęciu tego zbawienia, ani potem. Nie zniewolił mnie w żaden
sposób. Nie zastosował szantażu emocjonalnego. Nie wymuszał
wdzięczności. Pozostawił mnie w pełni wolnym. Dlatego, kiedy mowa
o oddawaniu Mu czci – musi się to odbywać w duchu i prawdzie, bez
liturgii, schematów, instytucji. Dlatego uważam, że po prostu nie
wolno zakładać w Jego Imieniu żadnych instytucji, czy tworzyć
religii. Instytucje służą do wymuszania ofiar i wdzięczności.
Stawiają się na Jego miejscu, żeby to z nimi, a nie z Chrystusem
wchodzić w relacje – z natury swojej toksyczne...
5. Nie ma „wzorców osobowych” poza Jezusem Chrystusem. - tylko
Jego wolno naśladować. I to nie na durnej zasadzie: „co Jezus
zrobiłby na moim miejscu?”. Nic by nie zrobił, bo nigdy nie był,
nie jest i nie będzie na moim miejscu! On był na swoim miejscu i
zrobił to, co miał do zrobienia – wziął krzyż i poszedł
złożyć ofiarę za zbawienie świata. Ode mnie chce, żebym wziął
mwój krzyż – a nie Jego – i poszedł za Nim. Czyli nie małpować
Go, ale dogadać się z Nim, myśleć i brać odpowiedzialność za
swoje życie
A to jest takie cholernie NIEATRAKCYJNE. Ale za to prawdziwe.

Komentarze
Prześlij komentarz