Zdzidzienie czyli kupki w kubkach


 „Zobacz, dzidzia! Ooo, jak fajna dzidzia!” Wiele razy słyszałem te słowa, wypowiadane przez zachwycone matki do ich – zazwyczaj dużo mniej zachwyconych – dzieci. „Ooo, jaka słodziutka, mmmm!”. Sympatycznie jest tak pozachwycać się dzidzią, bo ona naprawdę jest słodka i milutka. I na taki zachwyt z pewnością zasługuje. Nie zapomnę, jak (jeszcze za katolickich czasów) kiedyś jeden z moich znajomych księży powiedział, że świeżo wyświęcony ksiądz jest jak niemowlę – jest jeszcze nikim, nic jeszcze nie zrobił ani dla ludzi, ani dla Kościoła, a wszyscy tacy nim zachwyceni jak dzidzią w wózeczku. Nawet, jak taka dzidzia kupkę zrobi, to i tak będą się nią zachwycać…

Przypomniało mi się to dzisiaj, kiedy dopadły mnie dość mroczne rozważania na temat współczesnej sztuki oraz tego, co się kryje obecnie pod pojęciem „artysta”. Swego czasu pewien performer i artysta właśnie - Piero Manzoni -  dokonał jedynego w swoim rodzaju „eksperymentu” artystycznego: „(…) W maju 1961 roku dokonał defekacji do 90 niewielkich puszek, które następnie zostały fabrycznie zamknięte i opatrzone napisem "Gówno artysty" ("Merda d'artista"). W późniejszym czasie pojawiły się nieudokumentowane pogłoski, jakoby w wyniku wewnętrznego ciśnienia i postępującej korozji metalu, część puszek eksplodowała lub zaczęła przeciekać.(https://pl.wikipedia.org/wiki/Piero_Manzoni z dnia 15.05.2018). Znana mi jest historia pewnego kilkuletniego dziecka z upośledzeniem, które zaprosiło swoją mamę na przygotowany przez siebie „poczęstunek” - przygotowało zabawkowe talerzyki, kubeczki i sztućce. W kubeczkach zamiast kawy była kupa tegoż dziecka. Jego mama relacjonowała później, że miała wybitnie mieszane uczucia, bo z jednej strony dziecko bawi się fekaliami, a z drugiej strony po raz pierwszy było w stanie wejść w taką interakcję z kimkolwiek, żeby zaproponować wspólną zabawę.

Otóż wydaje mi się, że wielu (bo na pewno nie wszyscy – są także poważni ludzie w tym fachu i gronie) współczesnych artystów – to po prostu dzidzie, którym się wydaje, że nawet jak zaprezentują swoją kupę jako dzieło sztuki, to wszyscy powinni ich podziwiać i zachwycać się nimi… Nie wiem, być może psychologia ma właściwy termin określający taką przypadłość, nie chce mi się tego nawet szukać w Internecie. Ja nazwałbym to zdzidzieniem.


Bardzo mnie martwi, że również w obszarze twórczości związanej z wiarą pojawia się tak wiele produkcji na bardzo niskim poziomie artystycznym czy w ogóle ludzkim. Prezentacja wyłącznie własnych uczuć,emocji, potrzeb i pragnień w piosenkach, filmach itp. A także w dyskusjach na Facebooku, Twitterze czy forach tak zwanych „chrześcijańskich”, gdzie często wylewa się kpina, pogarda oraz samozachwyt. I choć nie jest to poziom fekalny, to i tak bardzo razi w kontraście do surowego, ale przez to właśnie porywającego piękna Biblii. 

No, musiałem to z siebie wyrzucić, ponarzekać sobie. Bo bardzo tęsknię do spokojnej rozmowy i wspólnego szukania z bólem pleców od schylania się nad Biblią… 

Komentarze

Popularne posty