Profaniczne hobby
Przyznam
się bez bicia. Otóż lubię oglądać filmy. Bardzo lubię. I - o
zgrozo - nie tylko chrześcijańskie. A w zasadzie - o jeszcze
większa zgrozo – tych właśnie nie lubię najbardziej.
Naoglądałem się tego jako katolik sporo. Zmuszałem się, bo
wypadało znać te najsławniejsze. Zaliczyłem zatem „Marcelino
chleb i wino”, „Pieśń o Bernadecie”, „Brat słońce,
siostra księżyc”, „Francesco”, oczywiście „Jezus z
Nazaretu” i kilka innych o Jezusie. Nawet „Cristiadę”
obejrzałem. Matko i córko… Nie wszystkie te filmy bardzo były
złe. Jeden z nich - „Romero” - to nawet kawałek niezłego
lewicowego kina lobbującego za teologią wyzwolenia. Ciekawa rola
Raula Julii, którego Wikipedia przedstawia następująco: „Raúl
Juliá;
właściwie Raúl
Rafael Carlos Juliá y Arcelay (ur. 9
marca 1940 w San
Juan,
zm. 24
października 1994 w Nowym
Jorku)
– pochodzący z Puerto
Rico amerykański aktor filmowy,
znany głównie z ról szaleńców, czarnych charakterów i
dziwaków.” I
słusznie, bo jego Arcybiskup Romero to dziwak. Ale film intrygujący
bo polityczny bardzo… Może o nim napiszę jeszcze kiedyś. Ogólnie
nabrałem wstrętu do hagiografii, szczególnie tej w stylu włoskim
(mnóstwo pseudobiblijnych filmów katolickich nakręcili właśnie
Włosi).
Kiedy
już pożegnałem się z katolicyzmem, przyznam, że trochę
ostrzyłem sobie zęby na filmy protestanckie, bo liczyłem, że będą
biblijne. Ale nie były… Znaczy się niby były, ale tak jak
kazania niedzielne pastorów w amerykańskich zborach. Czyli raczej
okołobiblijne. Bardzo instruktażowe moralnie. I z konkretnymi
inklinacjami – a to charyzmatycznie bardziej, a to kalwińsko
mocniej – tak różnie. Wisienką na torcie, a nie, nie tak, raczej
jajeczkiem na tatarze, a to tez nie, bo tatar dobry przecież jest do
jedzenia… No jakby to nazwać? Aaaa – gwoździem do trumny
protestanckiej kinematografii! Był film pt. „Luter”. Klasyczna
rzymskokatolicka hagiografia. Naprawdę. Obejrzałem do końca, ale z
jaką miną…
Tak,
to prawda, straciłem nadzieję na to, że kiedykolwiek obejrzę
dobry biblijny film. Pokusa kaznodziejstwa kinematograficznego wydaje
się być niepokonalna. Ano cóż, pozostało mi oglądanie
„profanicznych” filmów. Od czasu do czasu chyba jakąś recenzję
napiszę. Tak mnie kusi, eee, znaczy – taką mam ochotę :D
I
niesamowicie mnie ciekawi, czy są kinomani prawdziwi pośród
chrześcijan? Jaaasne, zaraz padnie żądanie: zdefiniuj prawdziwego
kinomana. A potem może: zdefiniuj chrześcijanina. Nie podejmuję
się samodzielnie ani jednej ani drugiej definicji. Może zresztą ta
druga nie jest konieczna…


Komentarze
Prześlij komentarz