Święty Francis J. Underwood



Bardzo ostatnio zadumałem się nad tematem władzy. Piszę właśnie książkę i w bieżącym rozdziale musiałem się pochylić się nad tym tematem. Otóż obejrzałem ostatnio „The House Of Cards”. Niesamowity serial. Nie dlatego, że mówi o czymś, o czym jeszcze nikt nie mówił. Nie dlatego, że zawiera sceny, których jeszcze nikt nie nakręcił. Nie dlatego, że jest zawsze spójny scenariuszowo czy reżysersko. Nawet nie ze względu na oskarową rolę Kevina Spacey’a. Serial ukazuje życie człowieka, który jasno określił sobie cel i bezwzględnie do niego dąży. Celem tym jest władza sama w sobie. Frank używa wszelkich możliwych środków, ponieważ wierzy z całego serca we władzę, ona jest sensem jego życia, motorem działań. Nie liczy się nic poza nią. Frank Underwood jest perfekcyjny w swoim dążeniu. I w dodatku elastyczny, bo kiedy odkrywa, gdzie ta prawdziwa władza leży, poświęca nawet prezydenturę USA, która dotąd uważał za maksimum swoich osiągnięć. Serial pokazuje również, że w zasadzie Frankowi nic się nie udaje. Przedsięwzięcia, które po drodze na szczyt podejmuje kończą się zazwyczaj fiaskiem. Ale to mu nie przeszkadza, bo też i nie w tym rzecz. Rzecz we władzy.

Skojarzyło mi się to od razu ze słowami Apostoła Pawła: „Lecz to, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. Owszem, wszystko uznaję za stratę dla znakomitości poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana, dla którego wszystko utraciłem i uznaję to za gnój, aby zyskać Chrystusa;” Flp 3:7-8. Dla Pawła wszystko było stratą ze względu na Chrystusa. Dla Franka ze względu na władzę. Obaj konsekwentni do bólu, obaj perfekcyjni…

                         A zaraz potem pomyślałem sobie o Kościołach. Czy my naprawdę mamy problem np. z herezjami? Mamy, jasne. Ale dlaczego? Dlatego, że poszczególni pastorzy czy nauczyciele są takimi fachowcami od Biblii? Czy może niepostrzeżenie stajemy się fachowcami od władzy? Bo wtedy dla jej utrzymania i rozszerzenia potrzebujemy produkować teologię, coraz więcej teologii. Zatem konflikty i kłótnie mają swoje źródło w pokusie władzy, a nie w szukaniu prawdy. W kościele rzymskokatolickim był przypadek, że do dostojników w Rzymie przyszedł taki naiwny biedak (Franciszek z Asyżu), co to chciał żyć tylko i dosłownie według Biblii. Kazali mu spadać z informacją, że to nie jest możliwe. Bo teologia musi być, bo kontrola musi być, bo władza musi być!

                         To nie teologia jest przyczyną rozłamu w Kościele Chrystusa, nie pieniądze, tylko władza. Której to pokusie ulegamy tak bardzo, że nawet w zwykłych rozmowach często liczy się tylko udowodnienie swojej racji… Albo obronienie stanu posiadania w zakresie władzy. Dlatego na przykład (sytuacja prawdziwa) cały zbór milczy, kiedy pastor chrzci swoją nastoletnią córkę, nie mającą bladego pojęcia o tym, czym jest chrzest (co jasno wynika z jej zachowań i wypowiedzi). Ale to córka pastora, a on ma władzę – więc zbór milczy.

                         Dla władzy każdy, kto jej pokusom ulegnie, jest w stanie poświęcić wszystko i wszystkich. To takie poserialowe kościelne refleksje… Smutno dość…

Komentarze

Popularne posty