Davy Jones na Papieża!
Kiedy odchodziłem z Kościoła Rzymskokatolickiego, robiłem to
przede wszystkim dlatego, że odkryłem jak bardzo jest on daleki od tego, co
powiedział Jezus w Biblii. Gigantyczna ilość tak zwanej teologii – a tak
naprawdę taniej pseudofilozofii – tak mocno obrosła Kościół Rzymskokatolicki,
że stał się on podobny do postaci Davy Jonesa z filmowych „Piratów z Karaibów”.
Ani świeżości, ani piękna, ani mocy. Każda z tych cech została zastąpiona
zewnętrznymi namiastkami, zamiennikami, które muszą być cały czas pompowane i
na nowo lakierowane, jak szpachla na starym gracie. W którymś momencie szpachla
stanowi już większość… Tej teologii i nauczania było tyle, że „chrześcijaństwo”
w wersji rzymskokatolickiej jest bardzo skomplikowaną nieprzejrzystą religią o
pogańskich rysach, wypełnioną mnóstwem symboli, symbolizowanych przez kolejne
symbole, a kolejnym pokoleniom muszą tę metasymbolikę wyjaśniać zastępy
specjalnie szkolonych specjalistów coraz węższych specjalizacji. Ta religia stała
się praktycznie niemożliwa do normalnego przeżywania, jest opresyjnym, tak
jak już wcześniej zaznaczyłem, na poły pogańskim systemem, który więzi miliony
ludzi w złudzeniach.
Dlatego „Sola scriptura” zachwyciła mnie. Tylko Pismo. Tylko
życie w Duchu. Proste, normalne ludzkie, godne życie. Właśnie, NORMALNE. Czyli nie wtłoczone w chory
system jakiegoś nowego „Prawa”. Bez ceremonii, bez liturgii, bez struktur czy
instytucji, za to z żywą, dynamiczną wspólnotą podobnie wierzących i czujących
ludzi, których łączy TYLKO I WYŁĄCZNIE to, że mają osobistą relację z Jezusem i
dzielą się swoim życiem.
Trochę naiwnie myślałem, że znajdę świeżość wiary w kręgach
protestanckich bądź reformowanych. I odkryłem z niesmakiem, że znajduję tam
raczej odświeżone stare konflikty i świeżość religijności, a nie gorącą i
prostą wiarę – relację z Jezusem Chrystusem w Duchu Świętym. Na początku mojego
życia jako nowonarodzonego chrześcijanina fascynowałem się kazaniami Johna
MacArthura. Ponieważ znam angielski, mogłem ich słuchać w oryginale. I
słuchałem godzinami… Może też dlatego, że potrafi logicznie pokazać pewne
rzeczy, których w chrześcijaństwie być nie powinno, czyli np. cały problem „Ruchu
Wiary” czy charyzmanii. Zachwyt powoli jednak słabł, a przyczynił się do tego
po pierwsze konsekwentny kalwinizm MacArthura czyli wiara w predestynację.
Natomiast przestałem go słuchać, kiedy w jednym z filmów typu Q&A padło
stwierdzenie, że żeby czytać Biblię i właściwie ją interpretować, trzeba
najpierw „mieć” właściwą teologię. A więc także i ludzi, którzy ją wyjaśnią.
Zatem witamy na powrót w rzymskim katolicyzmie… Nie można żyć bez pastora, bez
niedzielnych nabożeństw. Zamiast katolickiej „Tradycji” mamy tzw. „historyczne
chrześcijaństwo”. I tak kościoły reformowane (pewnie nie wszystkie) stały się
po 500 latach od Reformacji bardzo, ale to bardzo katolickie w myśleniu i
działaniu. Wiele zborów wygląda i funkcjonuje jak katolickie parafie w wersji
light (albo i hard).
Sola Scriptura jest najtrudniejsza, bo wymaga pożegnania się
z religijnością. A tego nie znajduję jak na razie nigdzie - w żadnej denominacji. Jezus na pewno nie
chciał religii z liturgią, strukturami, instytucjami. To są rzeczy cielesne,
przemijające, od których akurat chrześcijanin ma się odwracać, a Bogu oddaje
się cześć w Duchu i prawdzie. Ale to jest bardzo ubogie i surowe. Nie wnosi
żadnego blasku ani atrakcyjności, jest takie zwyczajne i normalne. Nie da się
tym pochwalić, ani napompować emocjonalnie…
Sola scriptura to najtrudniejsza i najbardziej szlachetna z
możliwych zasad życia. Właśnie – życia!


W wielu społecznościach chrześcijańskich "ewangelicznych", które twierdzą, że uznają "Sola Scriptura", jest to tylko w ich mniemaniu. W praktyce obok Biblii albo zwykle wyżej niż ona stoi własne doświadczenie "duchowe" członków zboru i ono jest autorytetem. Biblia zamiast być punktem wyjścia i punktem odniesienia, staje się tam narzędziem manipulacji do "zatwierdzania" własnych doświadczeń, praktyk, religijnych zwyczajów i rytuałów. Nic co nie bazuje na autorytecie Biblii i tylko niej nie może być z Ducha Bożego. A z własnego doświadczenia łatwo sobie zrobić bożka... Zakwestionowanie go wiele kosztuje... ale warto! By żyć w wolności, którą daje Chrystus.
OdpowiedzUsuńBardzo dobre porównanie lecz uważam, że postać Davy Jonesa jest tu o wiele bardziej złożona niż malczan po Januszowym liftingu. Przede wszystkim Davy Jones był ofiarą tego całego chorego systemu. Tak jak my. Została mu narzucona rola, której nie chciał, nie rozumiał i nie chciał pełnić. Dlatego konsekwencjami był taki a nie inny wygląd. Co do wiary to fakt Rzymskokatolicka jest zbyt napakowana paradoksami i zasadami, których nawet zwykli księża nie potrafią do końca jasno wyjaśnić. Dlatego proponuje obcykać Luteranizm. Bez przymusu, jasno, klarownie i przez wszystkim sam na sam przed Bogiem. Żadnych spowiedzi, cotygodniowych mszy i zobowiązań, przez które (gdy ich nie spelnisz) zostaniesz zaszczuty, zjedzony przez mohery i wyklęty bo nie przyjęło się księdza po kolędzie :)
OdpowiedzUsuń